Motor Racing - Formula One World Championship - Australian Grand Prix - Preparation Day - Wednesday - Melbourne, Australia

Emocje na start

Powoli izolujesz się od bodźców zewnętrznych, próbując skoncentrować się na zadaniu. Jedyne co słyszysz, to tysiące myśli przemykających między skroniami. Napięcie stopniowo wzrasta, tętno przyspiesza, a zmysły wyostrzają szykując się do walki. Z rywalami? Z Samochodem? Z samym sobą? Przestają liczyć się ostatnie miesiąca, a nawet lata. Wszystko, co było ważne do tej pory, schodzi na drugi plan, ustępując miejsca tej jednej, jedynej sekundzie, kiedy wciśniesz gaz na prostej startowej. Czerwone światła zapalają się jedno po drugim, by w końcu, po ponad ośmiu latach, zgasnąć, wyrzucając do organizmu skumulowaną porcję hormonów walki.

Doczekał się, a wraz z nim całe zastępy kibiców na torze, przed telewizorami, na sofach i w fotelach. To jak ponowny debiut, choć tak inny od tego w 2006 roku, kiedy na deszczowym Hungaroringu Robert przebijał się do przodu, bez kompleksów walcząc z bardziej doświadczonymi kierowcami. Manewry wyprzedzania, spiny, walka koło w koło – nie zabrakło niczego. Wielu z nas pamięta ten pierwszy debiut. Od tamtego czasu zmienialiśmy pracę, założyliśmy rodziny, doczekaliśmy się potomstwa, a niektórzy już je nawet odchowali. Tymczasem Robert nie ustawał w staraniach o powrót – do zdrowia, do normalnego życia, do formy, do samochodu a w końcu na prostą startową. Minęło tak wiele, lat, że chcielibyśmy widzieć Roberta w pierwszych liniach już teraz, natychmiast. Choć zdrowy rozsądek podpowiadał, że oczekiwania nie mogły być tak wygórowane.

Szkoda, bo jak wiemy nadzieja umiera ostatnia i do końca wierzyliśmy, że Williams wyciągnie z kapelusza jakąś tajną broń, która pozwoli, jeśli nie ścigać się, to przynajmniej zbliżyć do wyprzedzających go zespołów. Tak się nie stało, choć sam start, reakcja i pierwsze metry w wykonaniu Roberta wyglądały obiecująco. I to był w zasadzie jedyny moment, kiedy o decydowały umiejętności. Już pierwszy zakręt podciął nam skrzydła, a właściwie jedno skrzydło – to przednie, z bolidu Roberta. Od tego momentu o jakimkolwiek ściganiu, nawet z zespołowym partnerem, nie mogło być mowy.

Gdzie jesteśmy?

Oczywiście nie takiego powrotu oczekiwaliśmy, oczami wyobraźni widząc Roberta tam, gdzie jego miejsce – z przodu stawki. Biorąc pod uwagę sytuację Williamsa, tylko cud mógł sprawić, że wyścig wyglądałby inaczej niż wyglądał. Sytuacja w teamie jest napięta i o tym przekonywać chyba nie trzeba. Konstrukcja bolidu po raz kolejny najlepsza, delikatnie mówiąc, nie jest. I chcę wierzyć, że teraz, gdy główny odpowiedzialny za projekt jest już na urlopie, rozpocznie się restrukturyzacja firmy. Model Williamsa skuteczny był, ale wiele lat temu. Nie można zapominać, że jest to ostatni z rodzinnych, prywatnych zespołów, który utrzymał się w stawce i życzyć Claire, aby tak pozostało.

Teraz główną kwestią pozostaje, jak głębokie są problemy z obecną konstrukcją. Czy sukcesem uda się zakończyć proustowską podróż w poszukiwaniu utraconego docisku? A jeśli tak, to na ile można będzie zbliżyć się do innych? Dużym problemem pozostaje też kwestia części zamiennych. Póki ich nie ma, ciężko oczekiwać od Roberta próby wyciśnięcia z bolidu maksimum. Tym bardziej, że musi on na nowo poznać swoje limity, na co na pewno potrzebuje kilku wyścigów. Bo o ile jeździł przez te 8 lat, to nie robił tego w warunkach wyścigowych. Pod tym względem sytuacja Williamsa w pewien sposób… sprzyja Robertowi. Bo i oczekiwania były by większe, może nawet zbyt wysokie, gdyby bolid należał do udanych.

Kilka kolejnych GP da nam choć częściową odpowiedź, w jakim punkcie znajduje się obecnie Williams i Robert. Czy nastawiać się na coś więcej czy tylko na ewentualną walkę z Georgem Russellem, zakładając oczywiście, że będzie to walka na równych warunkach. O ile z ponownego przecięcia linii startowej cieszę się niezmiernie, o tyle chciałbym zobaczyć naszego jedynaka walczącego o coś więcej niż dowiezienie bolidu do mety w jednym kawałku. W najbliższym czasie musimy być przygotowani na krytykę Williamsa i samego Roberta, ale do tego już chyba zdążyliśmy się przyzwyczaić. Bo krytyki unikają tylko przeciętni. I zdając sobie sprawę ze skali jego talentu, nie powinniśmy przywiązywać do niej większej wagi.

Gdzie chcemy być?

Załóżmy, że uda się wyeliminować główne problemy konstrukcyjne i bolidy Williamsa wrócą do szukania tempa. Robert po kilku GP „poczuje” wyścigi na nowo, zacznie opóźniać hamowanie, będzie mógł używać tarek i trochę przycisnąć. W Team radio Williamsa nie usłyszymy żadnych wskazówek, kto ma utrzymywać tempo czy oszczędzać opony i paliwo. Wyczerpie się już limit pecha, czerwone światła będą idealnie widoczne z każdego miejsca prostej startowej, a skrzydła mocno przytwierdzone do nosa bolidu. Czego wtedy możemy oczekiwać po startach Roberta?

Możemy liczyć na walkę z Georgem, choć pewnie wciąż w tyle stawki. Pewnie możemy spodziewać się dobrych startów i kilku świetnych manewrów Roberta. Bo o tym w dużej mierze decydują umiejętności. Przy dużej dozie szczęścia, sprzyjającej pogodzie i problemach rywali, być może na nieco wyższe miejsce. Choć jeszcze niedawno, dość optymistycznie, analizowaliśmy możliwość walki o punkty, a niektórzy nawet podium. Na to jednak przyjdzie nam chyba jednak poczekać nieco dłużej.

Ten rok potraktujmy jako przetarcie i jeśli będzie widać postępy w formie Williamsa i coraz większą pewność w jeździe Roberta, cieszmy się z tego. Nie zapominajmy, że jeszcze niedawno ciężko było wyobrażać sobie choćby ostatnie pole startowe. Być może Williams rozpocznie powolny marsz na swoje miejsce, rozwiąże swoje wewnętrzne problemy i już niebawem zacznie rywalizować nie tylko z samym sobą i swoimi zmorami. A może team z Grove będzie tylko trampoliną dla Roberta do lepszego zespołu. Tak czy inaczej – pozostaje nam tylko kibicować polskiemu jedynakowi w F1 i być odpornym na krytykę, wiedząc jak trudną drogę pokonał. Nie raz, ale już dwukrotnie. Jeden sukces odhaczony – ze spokojem czekajmy na kolejne, wierząc, że cierpliwość zostanie prędzej czy później po raz kolejny nagrodzona.

Marcin Jagusz

Podziel się wpisem:

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Najnowsze wpisy na blogu:

Archiwum

Tego dnia w F1 - 23 września

Peter Revson wygrywa GP Kanady. To jego 2. i ostatnie zwycięstwo w karierze. Po raz 2. i ostatni na podium staje Jackie Oliver. Revson zalicza również ostatnie z 8. podiów, a Emerson Fittipaldi staje na podium po raz 20. Ostatni raz w F1 startują Francois Cevert oraz Jackie Stewart. Było to 50. GP dla zespołu March.

Urodził się RObert Doornbos (11 startów).

Nigel Mansell triumfuje w GP Portugalii.

Potwierdzają się informacje, że Robert Kubica miał umowę z Ferrari na starty w 2012 roku. Robert kontynuuje ciężką pracę, ćwicząc 2-3 razy dziennie.

Sebastian Vettel wygrywa w GP Singapuru. Pierwszy raz najszybsze okrążenie wyścigu wykręca Nico Hulkenberg. Było to 50. grand prix zespołu HRT.

„Kimi nie był Robertem Kubicą, a Robert nie był Fernando Alonso czy Lewisem Hamiltonem, ale istnieją dobrzy kierowcy na rynku” – mówi Gerard Lopez, współwłaściciel Lotus Renault.

Najnowsze wpisy