Motor Racing - Formula One World Championship - British Grand Prix - Practice Day - Silverstone, England

Nowy bohater i spełnione marzenie

„Chciałabym mieć kiedyś coś wspólnego z Formułą 1”, pomyślałam zupełnie bezwiednie pewnego dnia, gdy śledziłam poczytania superszybkich, kosmicznych niemal bolidów prowadzonych przez najlepszych kierowców świata. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jaki to był dzień oraz losy którego z kolei wyścigu w kalendarzu ważyły się wtedy na moich oczach. Wiem tylko, że to małe wielkie życzenie przerodziło się w wyjątkowe uczucie, którego nic do tej pory nie było w stanie ugasić.
Czy moje marzenie ma szansę kiedykolwiek się spełnić? Cóż, niedawno okazało się, że… już się spełniło!

Korelacja ta dotyczy wspólnego miejsca pochodzenia mojego i ojca ówczesnego szefa Ferrari Jeana Todta, który urodził się i spędził młodość… w Przemyślu. Możecie sobie tylko wyobrazić moją minę – osoby absolutnie zakochanej w miejscu swojego urodzenia i Formule 1 jednocześnie. A jak rozpoczęła się ta przygoda?

Całkiem niewinnie. Od przesiadywania przed telewizorem podczas transmisji wyścigów, w których w 2006 roku debiutował Polak Robert Kubica. Z początku nie odnajdywałam w tym sporcie niczego, co w jakiś sposób mogłoby zainteresować zwykłe dziewięcioletnie dziecko, w dodatku dziewczynkę. Bakcyla złapałam niespodziewanie i nadspodziewanie szybko. Po obejrzeniu kilku wyścigów czułam głód śledzenia kolejnych. Trudna terminologia oraz specyfika tego sportu ciągle utrudniały mi pełne zrozumienie tej dyscypliny. Miałam jednak wspaniałego pomocnika – relacje mojej ulubionej pary komentatorskiej wszech czasów – Andrzeja Borowczyka i Mikołaja Sokoła, które pozwoliły mi zagłębić się w magiczny świat królowej motorsportu. Zakochałam się. I jest to jedyna miłość, od której nie wymagam odwzajemnienia.
Zyskałam również nowego bohatera, jednego z pierwszych i ważniejszych bohaterów mojego dzieciństwa oraz okresu dorastania.

O Robercie Kubicy wiedziałam wówczas niewiele. Ciągle słyszałam, że jest to jedyny do tej pory Polak, który dostąpił zaszczytu ścigania się na szczycie sportów motorowych, w najbardziej prestiżowej kategorii. Że „pochodzi znikąd” – czyli motoryzacyjnego zaścianka, jakim ciągle jest nasz kraj. Wystarczało mi to w zupełności; nie byłam ciekawa jego historii, drogi, jaką musiał pokonać, by dojść do Formuły 1, jak w ogóle doszło do tego, że w padoku F1 mamy Polaka! Potrzebowałam tylko widoku jego śmigającego biało-niebieskiego bolidu BMW Sauber, wielkiego nosa oraz lakonicznych i często inteligentnie miażdżących pewne durnowate pytania dziennikarzy wszelakich światowych telewizji.

Był swoistego rodzaju magnesem, który przyciągał mnie przed telewizor we wszystkie wyścigowe weekendy sezonu. Lata 2007 – 2010 stały pod znakiem właśnie Formuły 1. Przez te trzy sezony zdołałam wyedukować się do tego stopnia, że działania systemu KERS, zasady pit-stopów, szefów wszystkich zespołów F1 czy najważniejsze przepisy potrafiłam recytować z pamięci. Nieważne, o jakiej porze dnia i nocy. Kochałam siebie za tę wiedzę – na takim poziomie – której w moim środowisku rówieśników czy starszych osób nie miał absolutnie nikt.
Pierwszym i jedynym kryzysem w mojej miłości do wyścigów był tragiczny wypadek Roberta w rajdzie Ronde di Andora 6 lutego 2011 roku. Pierwszy odcinek specjalny małego rajdu, w którym Kubica miał w ogóle nie wystartować. Ale tak musiało być. Na jego drodze do zdobycia tytułu Mistrza Świata stanęła składająca się z dwóch elementów bariera ochronna, która w momencie uderzenia rajdówki krakowianina, rozłączyła się i przecięła samochód na pół, miażdżąc prawą rękę Roberta i łamiąc wielokrotnie nogę. Gdyby metal przygniótł go o kilka centymetrów dalej w lewo, zginąłby na miejscu…
Pamiętam ten dzień. Był ponury, śnieg stopniał przez utrzymujące się kilkudniowe ocieplenie. Stałam przy oknie wpatrując się w ogród, gdy przybiegła do mnie siostra i powiedziała, że Robert Kubica miał wypadek i że może nie przeżyć. To było jak tępe uderzenie w tył głowy, a ból rozchodził się po ciele z dziwnym opóźnieniem. Robert Kubica miał wypadek. Może umrzeć. Nie będzie go w Formule 1. Nie będzie go w ogóle… Zanim popadłam w otępienie, zdołałam wyszeptać tylko „Nie zabieraj mi go…”. Potem było już tylko gorączkowe wyczekiwanie na jakiekolwiek wieści z włoskiego szpitala. Pierwsza dobra wiadomość? Żyje. Druga? Że lekarze zdołali uratować jego rękę. Trzecia? Że wkrótce wróci na tor. I wrócił. Po ośmiu latach.

W momencie, gdy uświadomiłam sobie, w jakim stanie jest Robert, co właściwie się stało i jakie mogą być konsekwencje tego wypadku, zrozumiałam, że jego powrót do bolidu F1 w ogóle nie jest już ważny. Nie liczyło się dla mnie nic poza uratowaniem życia naszego kierowcy. Robert Kubica miał przeżyć, nieważne, czy wróci do Formuły 1, czy nie. Nie tylko jego najbliżsi tego chcieli. To było życzenie wszystkich jego przyjaciół, rywali, z którymi się ścigał oraz rzeszy fanów z całego świata.
„Kubica wróci do Formuły 1, zobaczycie” – powtarzałam zupełnie szczerze, z wielką wiarą w to, co mówię i bez cienia strachu, że to może się nie udać. Robert Kubica wróci do F1, bo tam jest jego właściwe miejsce. Nie na kanapie przed telewizorem w wieku 30 lat, nie na fotelu eksperta kanału sportowego czy komentatora wyścigów. Formuła 1 to jego pasja i największa miłość. Całe jego życie.
Dzień ogłoszenia nazwiska drugiego kierowcy zespołu Williams w roku 2019 był jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu. Z czystą satysfakcją mogłam i chciałam wykrzyczeć wszystkim niedowiarkom w twarz „A nie mówiłam?!”. Wiara i wspieranie Roberta przez cały ten czas zostały wynagrodzone. „(…) tym ludziom, którzy trzymali kciuki przez te ciężkie lata, należy się chwila. Postawienie bolidu na polach przedstartowych Grand Prix w Australii będzie też prezentem dla nich, jakbym reprezentował tę całą grupę wiernych kibiców (…)”, powiedział w jednym z wywiadów przed rozpoczęciem sezonu 2019.

Najdłuższa droga dobiegła końca, ale rozpoczęła się kolejna, wcale nie łatwa i równie wyboista. Bo jak Kubica sam przyznaje – dostać się do Formuły 1 jest trudne, ale jeszcze trudniej jest w niej pozostać. Powrót do niej, po takim ciężkim wypadku, wydawał się dla wielu być niemożliwym. On udowodnił, że jeżeli naprawdę czegoś pragniesz i ciężko na to pracujesz – jesteś w stanie przekroczyć wszelkie granice.

Zuzanna Bębnowicz

Podziel się wpisem:

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Najnowsze wpisy na blogu:

Tego dnia w F1 - 18 września

Urodził się Marc Surer (90 startów, 1 najszybsze okrążenie).

„Oczywiście wolałbym być tam [w F1 – przyp. MC], ale takie jest życie i trzeba się z tym pogodzić. Nadal muszę pokonać wiele ograniczeń aby móc komfortowo usiąść w samochodzie na torze i nie mam tu na myśli tylko samochodu F1. Potrzeba trochę szczęścia i nie wszystko zależy ode mnie. Może to zabrzmieć źle, ale nadzieja umiera ostatnia. Wiara nic nie kosztuje. Nadal wierzę, ale nie bujam w obłokach, twardo stąpam po ziemi. To nie tak, że będę czuł się nikim jeżeli nie wrócę do F1. Nie o nią tu chodzi, ale o mnie” – odpowiada Robert na pytanie o powrót do F1.

Nico Rosberg w swoim 200. starcie w F1 odnosi 22 zwycięstwo. Było to też 200. GP dla zespołu Toro Rosso.

Przedstawiciel zespołu Racing Point, Stephen Curnow gości w siedzibie PKN Orlen. Tematem rozmów oczywiście przyszłość Roberta Kubicy.

Archiwum

Najbliższe Grand Prix F1

Grand Prix Rosji

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Najbliższy wyścig DTM

Zolder

Dni
Godzin
Minut
Sekund

Bądź na bieżąco

25-27 września:

godz. 10:00 – Pierwszy trening
godz. 14:00 – Drugi trening
godz. 11:00 – Trzeci trening
godz. 14:00 – Kwalifikacje
godz. 13:10 – Wyścig

godz. 13:00 – 1. trening
godz. 16:30 – 2. trening

godz. 10:40 – 1. Kwalifikacje
godz. 13:33 – 1. wyścig

godz. 10:30 – 2. kwalifikacje
godz. 13:33 – 2. wyścig

Popularne tagi