Leclerc Vettel

Czy kierowcy Ferrari są zdolni do zadań specjalnych?

Obserwując tegoroczne zmagania Sebastiana Vettela i Charles’a Leclerca, zacząłem się zastanawiać, czy Ferrari dysponuje wystarczająco dobrym duetem kierowców. Takim, który byłby w stanie zrobić różnicę i wywalczyć mistrzostwo w sytuacji, gdyby samochód zespołu z Maranello miał mniej więcej równy potencjał w odniesieniu do bolidu Mercedesa.

Czy Sebastian Vettel jest wart 40 mln $ rocznie?

 

Sebastian Vettel lideruje Ferrari od 2015 roku. Przeniósł się tam ze stajni Red Bulla mimo przeciętnego poprzedniego sezonu i miał zastąpić Fernando Alonso w walce o najwyższe cele. Wielu myślało, że jako czterokrotny mistrz świata będzie w stanie zdobyć kolejne tytuły – tym razem dla włoskiego zespołu – i przełamać trwającą od 2007 roku niemoc, o ile tylko samo Ferrari wyprodukuje wystarczająco dobry samochód. Jako najbardziej utytułowanemu zawodnikowi w ówczesnej stawce zaproponowano mu imponującą pensję. Okazało się jednak, że Niemiec nie jest kierowcą na miarę Hiszpana. Ten drugi potrafił walczyć jak lew, mimo wyraźnie słabszych osiągów czerwonego bolidu w sezonach 2010 i 2012 na tle dominującego wtedy Red Bulla z Sebastianem Vettelem za sterami. Dopiero ostatnie wyścigi zadecydowały o dwukrotnej porażce Alonso w mistrzostwach.

W sezonie 2015 Ferrari nie było w stanie zagrozić Mercedesowi, więc Vettel nie liczył się w walce o mistrzostwo, ale zajął 3. miejsce w klasyfikacji generalnej z dużą przewagą nad pozostałymi zawodnikami i trzema wygranymi GP na koncie. Zespołowi z Maranello gorzej szło w 2016 roku – Sebastian nie wygrał żadnego wyścigu. Włosi nie zmarnowali jednak okazji, jaką dała zmiana regulacji technicznej, i na 2017 rok przygotowali bardzo szybki bolid, który pozwolił Vettelowi utrzymać się na pozycji lidera mistrzostw aż do trzynastego wyścigu. Wreszcie ktoś zagroził dominującemu od początku ery hybrydowej Mercedesowi, ale fatalna kraksa w Singapurze i mniej udane poprawki samochodu zadecydowały o porażce Ferrari. Do powtórki z historii doszło w 2018 roku – czerwony bolid dysponował lepszymi osiągami w pierwszej fazie sezonu, a Sebastian Vettel całkiem nieźle to wykorzystywał. Później jednak nadeszła słynna seria błędów: Ferrari zaprojektowało nieudane poprawki, a Sebastian kilkakrotnie wypadał z toru i spadał na koniec stawki w wyniku starć z rywalami.

Historia Sebastiana Vettela w Ferrari moim zdaniem nieco dyskredytuje jego niebywałe osiągnięcie, jakim niewątpliwie są cztery mistrzostwa zdobyte z Red Bullem. Porównanie sezonów 2017 i 2018 z latami 2010-2013 pozwala zrozumieć, czego Sebastian do tytułu mistrzowskiego potrzebuje: bolidu szybszego od konkurencyjnych, dobrze zorganizowanego zespołu, wolniejszego partnera w drugim samochodzie i pełnego poparcia ekipy. Wtedy Niemiec ma spokojną głowę i wygrywa wyścigi w typowym dla siebie stylu – po rozpoczęciu z pole position, prowadząc od startu do mety. W Ferrari Sebastian miał dwie okazje, by zamknąć usta krytykom i udowodnić, że potrafi zdobywać tytuły także w mniej sprzyjających okolicznościach. Tych okazji nie wykorzystał i niewykluczone, iż kolejne się nie pojawią.

Ferrari jako zespół do jazdy dla przyjemności

 

Kiedy po dwóch udanych sezonach w Lotusie Kimi Raikkonen wrócił do Ferrari w 2014 roku, wydawało się, że wzmocni swój stary zespół, ponieważ Felipe Massa ewidentnie odstawał od Fernando Alonso. Jednakże ostatni mistrz świata dla ekipy z Maranello także był znacznie słabszy, co tylko potwierdziło nadzwyczajne umiejętności Hiszpana do wyciągania z samochodu absolutnie wszystkiego.

Gdy do Ferrari przyszedł Sebastian Vettel, również z nim Raikkonen wyraźnie przegrywał. Niektórzy komentatorzy zaznaczają, że do osiągania niesamowitych rezultatów Finowi potrzebny jest bolid dopasowany do jego stylu jazdy, ale włoski zespół stawiał na Vettela. Jeździe Kimiego było daleko do czasów świetności w McLarenie, pełnił więc rolę kierowcy nr 2. Prawdopodobnie mu to nie przeszkadzało, ponieważ, jak sam podkreślał, ścigał się przede wszystkim dla przyjemności.

Tylko czy Ferrari powinno trzymać u siebie kierowcę, którego celem jest jazda dla przyjemności, a trofea są mu raczej obojętne? Mam poważne wątpliwości. Uważam, że ekipa o takiej historii i takim potencjale powinna walczyć o tytuł mistrzowski w klasyfikacji konstruktorów. Do tego celu najlepiej służy para zawodników wzajemnie się napędzających i motywujących. Z pewnością wpływ na obecność Raikkonena w Ferrari wywierały jego dobre relacje z Vettelem. One z kolei istniały dzięki temu, że Niemiec zdawał sobie sprawę ze swojej wyższości na torze, a Fin nie miał już większych ambicji. Jak wiemy, w Formule 1 każda przyjaźń istnieje dopóty, dopóki kierowcy nie stanowią dla siebie zagrożenia.

Cieszę się więc, że Kimi Raikkonen nie jeździ już w Ferrari, a swoją wartość pokazuje w Alfie Romeo. Zespół z Maranello postawił na długoletnią inwestycję, jaką jest Charles Leclerc. Długoletnią – albowiem młody Monakijczyk z pewnością dopiero rozwija skrzydła.

Młodość zawitała do Ferrari

 

Ferrari prawie nigdy nie zatrudniało młodych kierowców. Ten cieszący się dobrą renomą zespół stawiał na bardziej doświadczonych zawodników, którzy już wcześniej udowodnili swoją wartość w Formule 1. Zmarły w lipcu 2018 roku Sergio Marchionne zadecydował o uczynieniu wyjątku poprzez zapewnienie fotela na następny sezon Charles’owi Leclercowi, gdy ten dopiero uczył się Królowej Motorsportu, jeżdżąc w Sauberze.

Niewykluczone, że intencją zmarłego szefa Ferrari była weryfikacja umiejętności rozczarowującego Sebastiana Vettela przez młodego kierowcy z Monako. Urodzony w 1997 roku Leclerc zachwycił wielu kibiców w ciągu pierwszych sześciu wyścigów w tym sezonie, pokazując, że nie zamierza pełnić roli drugiego kierowcy.

Różnica punktowa w tabeli między obydwoma zawodnikami po sześciu rundach z pewnością nie działa na korzyść Leclerca, jeśli zechcemy porównać go z Vettelem. Należy jednak pamiętać o poleceniach zespołowych i licznych błędach Ferrari, popełnianych na ogół na niekorzyść Monakijczyka, oraz o dość egoistycznej jeździe Sebastiana, który dwukrotnie zdał się na czujność swojego zespołowego kolegi, nie zostawiając mu miejsca i w konsekwencji zmuszając do przyhamowania przy startach do wyścigów o GP Australii i GP Hiszpanii. Osobiście mocno kibicuję Charles’owi, ale o zdziwienie przyprawiłoby mnie pokonanie Vettela już w tym roku. To dopiero drugi sezon młodego kierowcy w Formule 1, a transfer do Ferrari był skokiem na głęboką wodę. Fakt, że Leclerc tak dobrze prezentuje się przy swoim utytułowanym partnerze zespołowym, pokazuje, jak duży ma potencjał. Charles to zawodnik przyszłościowy, ma czas na rozwój, a zespół wiąże z nim ogromne nadzieje.

Mocny skład kierowców to podstawa

 

Wiele wskazuje na to, że Mercedes ma obecnie najmocniejszy skład w Formule 1. Lewis Hamilton jest kierowcą, który potrafi zrobić różnicę i wycisnąć nadprogramowe setne sekundy z bolidu, ale także Valtteri Bottas prezentuje w tym roku bardzo wysoką formę – wyższą niż w dwóch poprzednich sezonach.

Ferrari w ostatnich latach odstawało od Srebrnych Strzał na wielu polach – gorzej rozwijało samochód, gorzej zarządzało strategią i kierowcami. Te problemy nie zniknęły – ekipę z Maranello po prostu cechuje mniej skuteczna organizacja. Za nie mniejszy problem na takim poziomie rywalizacji uznaję jednak niższą skuteczność duetu zawodników, ponieważ to ten aspekt decyduje, gdy dwa zespoły prezentują zbliżone osiągi. Nie bez powodu na początku tego artykułu wspominałem sezony 2010 i 2012 w wykonaniu Fernando Alonso. Przypuszczam, Hiszpan udźwignąłby ciężar walki w 2017 czy w 2018 roku, gdyby był na miejscu Sebastiana Vettela. Oczywiście nigdy nie dowiemy się, czy rzeczywiście to by nastąpiło, ale Alonso, moim zdaniem, gwarantował Ferrari najwyższą jakość prowadzenia bolidu. Tego elementu zaczęło brakować od 2015 roku i nie było go, gdy zaistniała spora szansa na mistrzostwo.

Jeżeli Ferrari marzy o powrocie na absolutny szczyt, to musi nie tylko wyprodukować bolid nieco szybszy od konstrukcji Mercedesa (co niestety nie udało się w tym roku), ale także posiadać w składzie co najmniej jednego kierowcę zdolnego do zadań specjalnych. Myślę, iż zatrudnienie Charles’a Leclerca stanowi krok do przodu i Ferrari dysponuje teraz lepszym duetem, jednak ten młodzieniec wciąż jest na etapie zdobywania doświadczenia. Może dobrze, że następuje to właśnie w zespole z najwyższej półki, ponieważ jazda w środku stawki ma nieco inną charakterystykę. Rodzi się jeszcze jedno pytanie – czy Ferrari nie powinno podziękować Sebastianowi Vettelowi – kierowcy, który dwukrotnie zawiódł w walce o mistrzostwo i kosztuje nieadekwatnie dużo w odniesieniu do jakości swojej jazdy?

Kto mógłby zastąpić Vettela?

 

Jeśli Ferrari chciałoby sprowadzić do zespołu kierowcę lepszego od Vettela, to nie ma zbyt szerokiego pola do manewru. Do poszukiwań mógłby ich zmusić sam Sebastian, bowiem pojawiły się plotki, jakoby planował zakończyć karierę po sezonie 2019. Moim zdaniem to nie nastąpi – lukratywny kontrakt Vettela dobiega końca w 2020 roku, a przedwczesna rezygnacja mogłaby zostać odebrana jako ucieczka przed młodym i gniewnym Charles’em Leclerciem. Niemiecki kierowca wciąż ma coś do udowodnienia i myślę, że da sobie jeszcze przynajmniej jeden rok, aby spróbować to uczynić.

Jeśli jednak Sebastian Vettel by odszedł, to kto mógłby zastąpić go w Ferrari i stanowiłby jednocześnie krok naprzód dla włoskiego zespołu? Joe Saward w gronie potencjalnych kandydatów umieścił Romaina Grosjeana, Kevina Magnussena, Sergio Pereza i Valtteriego Bottasa. Za zupełnie niewiarygodne uznaję pierwsze nazwisko – Francuz słynie z tego, że nie radzi sobie z presją, przez co popełnia głupie błędy. Bardziej realną opcją mógłby być Magnussen, ale bardzo wątpię, czy Duńczyk ma większe umiejętności od Vettela. Trudniej ocenić Pereza, który w przeszłości wykręcał imponujące wyniki, jednak od czasu do czasu popełnia głupie błędy. Myślę, że to mimo wszystko mocniejsza kandydatura od dwóch poprzednich. Najrozsądniejszym wyborem wydaje się być Valtteri Bottas, ale koniecznie w wersji 2.0. Trzeba natomiast zaznaczyć – możliwość sprowadzenia Fina do Ferrari zależy przede wszystkim od jego sytuacji w Mercedesie.

Moim zdaniem Ferrari powinno rozważać jeszcze dwóch kandydatów. Wiele mówiło się, jakoby Daniela Ricciardo brano pod uwagę jako partnera zespołowego Sebastiana Vettela na sezon 2019, ale prawdopodobne, że ten drugi zablokował tę opcję, mając w pamięci swoją porażkę z 2014 roku. Zespół z Maranello mógłby wykorzystać sytuację Australijczyka w Renault, które wyprodukowało niewystarczająco szybki samochód. Trudno mi sobie wyobrazić, aby w jego kontrakcie nie było klauzuli wydajności, pozwalającej na odejście w podobnych okolicznościach. Drugim kierowcą na miarę ambicji włoskiej ekipy jest Max Verstappen, jednakże wobec problemów Ferrari Holender mógłby nie zainteresować się taką opcją. Red Bull zbudował w tym sezonie lepszy bolid, a w silniku Hondy tkwią jeszcze rezerwy rozwojowe. Nie panuje w nim też chaos organizacyjny. Nie wolno zapominać, że apetyt na Verstappena może mieć także Mercedes.

Jaromir Wojakowicz

Podziel się wpisem:

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Najnowsze wpisy na blogu:

Tego dnia w F1

Urodził się Jackie Stewart, 3-krotny mistrz świata F1 (99 GP, 27 wygranych, 17pp, 15 fl, 43 podia)

Urodził się Tom Pryce (42 GP, 2 podia, 1 pp)

Urodził się Jean Alesi (201 GP, 1 zwycięstwo, 2 pp, 4 fl, 32 podia)

Podczas 24h Le Mans ginie Jo Bonnier, uczestnik 104 wyścigów F1 (1 zwycięstwo, 1 pp)

Jean Alesi wygrywa GP Kanady 1995. To jego jedyne zwycięstwo w F1

Fernando Alonso wygrywa GP Wielkiej Brytanii. Dla Renault, w barwach którego jeździł, było to 200. start w F1

Lewis Hamilton wygrywa GP Kanady

Archiwum