Robert Kubica dziecko F1

F1 z maluchem – czyli wyjazd podwyższonego ryzyka ;)

Od razu zaznaczam, że piszę z perspektywy rodzica jednego dziecka, więc pewnie dla osób w mojej sytuacji ten wpis będzie miał większe znaczenie i okaże się bardziej przydatny, niż dla rodziców „bardziej doświadczonych”. Tych drugich zachęcamy do dyskusji oraz uzupełniania poniższych informacji w komentarzach pod postem.

Felek miał skończone 8 miesięcy, gdy pierwszy raz zasiadł na trybunach GP. Dodatkowo jego debiut podczas wyścigu F1 miał miejsce na Hungaroringu, czyli torze, na którym panują zwykle bardzo wysokie temperatury. Wydaje się szalone, część z Was pewnie pomyśli – głupia babo, po co ciągnęłaś tam takiego malucha. Na pierwszy rzut oka mi też wydawało się to karkołomne i w sumie z serii „mission impossible”, pomimo że w domu młody biegnie przez TV, jak tylko usłyszy intro F1. Oczywiście pojawiło się słynne „ale”. Najpierw jedno, później drugie, kolejne… Aż doszliśmy do punktu, w którym ten wyjazd przestał być dla nas wyzwaniem, a stał się normalną wycieczką. „Ale” do rzeczy.

Temperatura

Bilety na Hungaro kupiłam pod koniec listopada 2017. Była wtedy jeszcze promocja – kosztowały około 100 euro mniej, niż kilka tygodni później (polecam tę opcję, chociaż w tym roku, z wiadomych względów, nie wiem czy doczekają jakieś do sprzedaży w regularnej cenie ). Od początku wiedziałam, że – ze względu na małego – musimy mieć miejsca na krytej trybunie. Opcja kosztowna, ale w naszej sytuacji, konieczna (w tym miejscu dodam też, że bilety dla takich szkrabów są bezpłatne, należy je kupić, ale kosztują 0 euro; przy zakupie korzystałam z jednej z poleconych na Blogu stron z biletami). Według mnie, w przypadku kibicowania z takimi małymi dziećmi, na tym konkretnym GP, trybuna kryta to jedyna opcja – ale o tym będzie niżej. I tu pojawiło się pierwsze „ale” – czy młody wytrzyma panujące tam zazwyczaj temperatury i czy po prostu nie utopimy niemałych pieniędzy w kilka kartoników ze smyczami.

U nas sytuacja była o tyle dobra, że chęć wyjazdu z nami zgłosili dziadkowie Felka  Wiedzieliśmy, że w sytuacji kryzysowej (ekstremalne temperatury, ewentualna choroba czy ząbkowanie), mamy ochotnika w postaci babci, która zostanie z dzieckiem w klimatyzowanym pokoju. To była pierwsza, i tak naprawdę największa, nasza wątpliwość.

Od razu napiszę, że temperatura od czwartku do niedzieli była całkiem znośna, a przynajmniej nasz próg ciepła nie został przekroczony. „Schody” zaczęły się od poniedziałku, kiedy słupki na termometrach pokazały 34 stopnie w cieniu, a kolejne dni miały być jeszcze cieplejsze. Planowo mieliśmy zostać w Budapeszcie do czwartku (żeby zobaczyć testy), jednak w poniedziałek około południa stwierdziliśmy, że wracamy do domu. Chodziło po prostu o komfort i bezpieczeństwo Felka. Tak naprawdę to jest to, z czym musicie się liczyć – po prostu w pewnym momencie może zrobić się ekstremalnie gorąco i ktoś będzie musiał zostać z dzieckiem w hotelu lub po prostu trzeba będzie skrócić wyjazd. W tym miejscu pytanie do Was, czy jesteście w stanie zaryzykować rozczarowanie i stratę pieniędzy, jeśli trzeba będzie odpuścić np. niedzielny wyścig, czy lepiej poczekać i pojechać w kolejnym roku na GP. Nam udało się połowicznie – byliśmy na całym wyścigowym weekendzie, ale niestety opuściliśmy testy, w których jechał Robert Kubica.

 

„Ale” nr 2, czyli podróż

Mieszkamy w Lublinie, więc do Budapesztu mamy znacznie bliżej (około 650km) niż mieszkańcy np. Pomorza. Jednak mimo stosunkowo niedużej odległości dalej pozostawało pytanie o środek transportu – samolot czy samochód. Z racji tego, że z lotniska w Lublinie nie ma bezpośrednich połączeń do stolicy Węgier, a połączenie kombinowane trwałoby i kosztowało znacznie więcej niż podróż samochodem, wybraliśmy tę drugą opcję. Zrobiłam wywiad wśród znajomych (ponieważ Felek jest naszym pierwszym dzieckiem) i okazało się, że znaczna część osób poleciła nam ten sposób podróżowania z takim maluchem na krótkich i średnio długich trasach. Mieliśmy do dyspozycji spory samochód, w który normalnie cztery dorosłe osoby pakują się bez problemu na dwutygodniowy wyjazd. Jednak, jak się okazało po moim początkowym etapie optymizmu, koniecznie było wypożyczenie bagażnika na dach. Staraliśmy się nie zabierać wielu rzeczy, ograniczyć ilość toreb do minimum. Poniżej, w osobnym miejscu, napiszę o naszym ekwipunku  Do ostatniej chwili sprzeczaliśmy się, czy mamy wyjechać wieczorem i jechać w nocy, czy może jednak wstać normalnie (Felek wstawał wtedy około 6 rano) i wtedy ruszyć w drogę. Na to pytanie, w Waszym przypadku, musicie jednak odpowiedzieć sobie sami, biorąc pod uwagę preferencje Waszego dziecka. U nas skończyło się to tak, że w jedną stronę wyjechaliśmy około 21.00 (na miejscu byliśmy około 9 rano), a wracaliśmy o 17.00 ( w domu byliśmy w okolicach 2 w nocy). Szczerze powiedziawszy – dla Felka nie miało to znaczenia –  on po prostu jest typem, który w samochodzie bardzo dużo śpi, niezależnie od pory. Tu raczej zwróciłabym uwagę na preferencje kierowcy oraz zaopatrzenie się na wszelki wypadek w ulubione zabawki dziecka czy np. tablet z bajkami. O pakowaniu torby z jedzeniem dla maluchów też nie będę pisać, bo na pewno każdy rodzic ma to już przećwiczone milion razy  Postoje robiliśmy po prostu wg naszych potrzeb, nie jestem w stanie napisać Wam ile ich było, bo po prostu nie pamiętam. Pamiętajcie tylko o jednym – na trasie do Budapesztu (przynajmniej naszej – mapka poniżej), nie ma zbyt wielu miejsc, w których można się spokojnie zatrzymać i np. uzupełnić gorącą wodę w termosie. Szczególnie, jeśli jedziecie w nocy. Trzeba też pamiętać o wykupieniu winiet, bo nie ma sensu kręcić się na granicy i szukać otwartego punktu sprzedaży.

Nocleg i jedzenie na miejscu

Wiedzieliśmy, że czasy naszej młodości, kiedy to spało się „gdziekolwiek”, są daleko za nami. Musieliśmy wybrać miejsce, w którym będzie możliwie czysto oraz w którym będziemy mogli zjeść gotowe śniadanie. I będzie blisko do wyjazdu na tor. Wybór padł na hotel znanej sieci, ponieważ zwykle takie obiekty trzymają w miarę równy poziom. Niezależnie od standardu miejsca, w którym się zatrzymacie, zwróćcie uwagę czy pokój będzie klimatyzowany oraz czy wyposażenie będzie obejmowało lodówkę oraz czajnik elektryczny. Być może wyda Wam się, że to głupoty – szczególnie lodówka czy czajnik, ale są to naprawdę bardzo potrzebne sprzęty, a zabieranie ich z domu i ciągnięcie ze sobą tyle kilometrów jest po prostu bez sensu. Przy panujących w tym okresie temperaturach lodówka jest niezbędna – schowacie tam nie tylko przekąski dla dziecka, ale przede wszystkim płyny wszelakiej maści, które, schłodzone, przynoszą dużą ulgę  Wybierając hotel postawiłam na lokalizację w pobliżu wylotu na tor. Pamiętajcie, że w tym czasie Budapeszt jest naprawdę oblegany. Nie chodzi tu tylko o GP, ale jest to też okres wakacyjny. W przypadku przemieszczania się z małym dzieckiem w samochodzie nadprogramowe korki nie są wskazane 😉
Jeśli chodzi o jedzenie na miejscu, to naprawdę nie ma z tym problemu, każdy znajdzie coś dla siebie. Na każdym niemal kroku są knajpki z jedzeniem z całego świata, popularne fast foody, pizzerie. Co do jedzenia dla dzieci – my zabraliśmy cały ekwipunek – od mleka, przez słoiczki, kaszki i soczki. O ile zabranie mleka uważam jest dobrym pomysłem, o tyle całą resztę można bez problemu kupić na miejscu, ponieważ są dostępne w dużej mierze te same produkty i marki, co w Polsce. W przypadku starszych dzieci (3lata +), nie będzie najmniejszego problemu.

Tor

Hunagroring jest położony pod Budapesztem. Do toru prowadzi nas droga M3, która we czwartek i piątek jest w pełni przejezdna i do samego obiektu dojeżdżamy praktycznie bez korków (te pojawiają się dopiero przed wjazdem do obiektu, w okolicach parkingów). Gorzej sytuacja zaczyna wyglądać w sobotę i niedzielę. W dniu wyścigu dojazd na tor może Wam zająć nawet powyżej 2 godzin. Z naszego hotelu jechaliśmy 1:40, a do wjazdu na M3 mieliśmy może 10 minut… Po dwóch pierwszych dniach myślałam, że pretensjonalne nalepki „VIP” to pic na wodę (jak w przypadku WRC), ale w niedzielę dziękowałam losowi, że je mieliśmy. Co do wspomnianych naklejek, niezależnie od biletów, które macie, można je dodatkowo wykupić. Oprócz oddzielnej drogi dojazdowej na tor, macie też parking blisko krytej trybuny. Niby głupota, ale spacer po szczerym polu (a tak wygląda otoczenie toru), w ponad 30 stopniowym upale, nie należy do moich ulubionych rozrywek.

Wspomniane okolice toru to tak naprawdę polany i pola uprawne (jest też sporo campingów). Drogi dojazdowe to wąskie asfaltowe lub szutrowe uliczki. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie będziecie chcieli opuścić toru po wyścigu… Wyjazd z parkingu zajął nam ponad 2 godziny. I był to dosłownie wyjazd z parkingu, ponieważ finalnie w hotelu zameldowaliśmy się kilka minut przed 20.00. Szczęście w nieszczęściu, że w niedzielę Felek został z babcią w hotelu (trafiliśmy na ząbkowanie – i tu ukłony dla mojej Mamy, że dała sama radę przez cały dzień :D).

Z niedzielnym opuszczaniem toru wiąże się zabawna historia. Kiedy wszyscy staliśmy wkurzeni w kolejce do wyjazdu, a od ponad godziny nie ruszyliśmy się nawet o metr, nagle kilkadziesiąt metrów od nas wylądował helikopter i zabrał kilka osób z parkingu. Okazało się, że grupka ludzi zamówiła sobie taksówkę powietrzną, ponieważ nie chcieli dłużej czekać na opuszczenie obiektu 😀 Swoją drogą, jak na imprezę o takiej renomie i zasięgu, organizacja logistyczna jest porażką… Nie chcę nawet myśleć, co działoby się w przypadku konieczności ewakuacji takiej liczby ludzi.

Jeśli chodzi o samą infrastrukturę toru oraz o udogodnienia na miejscu, to jest całkiem przyjemnie. Oczywiście jest mnóstwo stoisk z jedzeniem i piciem, więc jeśli macie trochę grubsze portfele, to nie musicie brać ze sobą tak naprawdę nic. W przypadku, gdy nie lubicie płacić za butelkę wody 10-15 zł, to polecam nieduży plecak i zapas wody mineralnej oraz coś do przegryzienia. Super patentem okazała się siatka z lodem włożona na dno plecaka  Rzecz jasna, było to kilka siatek włożonych w siebie, żeby plecak nie popłynął, ale temperatura wody utrzymywała się przez kilka godzin na przyjemnym poziomie. W naszym hotelu były maszyny do lodu, ale obsługa nie miała też absolutnie żadnego problemu z przyniesieniem pełnego worka tego lodowatego dobra. Co do przekąsek dla dziecka – tutaj znowu pomógł lód, tylko tym razem wsypany do termoopakowania na butelkę. W woreczek włożyliśmy pokrojone owoce i później młody z przyjemnością pałaszował na torze chłodne jabłka i gruszki.

Oprócz budek gastronomicznych są ustawione stoiska/namioty z symulatorami, muzyką, grami. W przerwach między sesjami nie powinniście się nudzić. Warto też wspomnieć, że zaraz za północnym murem toru umiejscowiony jest ogromny aquapark, więc jeśli nie kręcą Was multimedialne rozrywki, zawsze możecie ochłodzić się w kompleksie basenów i zjeżdżalni.

Jeśli chodzi o toalety, to jest ich sporo i są w całkiem przyzwoitym stanie, jak na taki tłum ludzi. Nie ma dodatkowych opłat za korzystanie z WC.

Obsługa toru jest sympatyczna i pomocna, ale trzeba nastawić się na to, że znaczna jej część niestety nie mówi po angielsku. W obcym języku najczęściej jest szansa porozumieć się z panami/paniami przy bramkach biletowych – z obecnymi wewnątrz toru z reguły dogadywaliśmy się półsłówkami lub na migi.

Przy zadaszonej trybunie funkcjonuje oficjalny sklep F1, więc jeśli ktoś cierpi na nadmiar gotówki lub po prostu chce mieć fajną pamiątkę z Hungaroringu, może się zaopatrzyć we wszelakiej maści gadżety – od kubków i czapek, przez koszulki, aż po torby czy kurtki (one raczej nie przydadzą się podczas weekendu).

Pewnie wielu z Was zastanawia się, jak maluchy radzą sobie z poziomem hałasu podczas tej imprezy (pomimo ery „kosiarkowej” w F1). Widziałam dzieciaki młodsze(!) od Felka, w jego wieku oraz niewiele starsze. Ku mojemu zdziwieniu, tylko nasze dziecko i jeden około dwuletni chłopiec mieli słuchawki wygłuszające. Kolejny maluch miał stopery do uszu, a reszta szkrabów – NIC. Nie wiem czy rodzice nie zdawali sobie sprawy z natężenia hałasu, czy po prostu zlekceważyli temat. Ja od początku planowania wyjazdu wiedziałam, że musimy zaopatrzyć się w takie słuchawki, gdyż – jak pisałam już wyżej – zdrowie oraz komfort dziecka były dla mnie priorytetem. Jeśli zastanawiacie się, czy takie nauszniki coś dają, to z czystym sumieniem mogę Wam powiedzieć, że tak. Felek w tamtym czasie miał swoją drzemkę około 15.00. Idealny czas, szczególnie patrząc na godziny kwalifikacji czy wyścigu  Mimo hałasu, a dzięki tym słuchawkom, potrafił spokojnie przyciąć komara jakieś 20 metrów od trybun, pod daszkiem sklepu z pamiątkami. Jak dla mnie, jest to wystarczający dowód na skuteczność tego sprzętu. Przy wyborze firmy ochraniaczy proponuję kierować się atestami oraz certyfikatami, jaki dany model posiada.

Jeśli chodzi o poruszanie się po torze z wózkiem, to nie było żadnego problemu. Pomimo dużego tłoku, ludzie zwracali uwagę i pilnowali, żeby nie potrącić spacerówki. Nie spotkałam się też z niemiłą reakcją, gdy wózek stał obok naszych miejsc w przejściu (staraliśmy się jak najbardziej przysuwać go do nas, żeby nie zajmował dużo miejsca) ani gdy trzeba było gdzieś z boku na trawce zmienić pieluchę. Opcją jest również noszenie dziecka w chuście lub nosidle. U nas takie wyjście odpadło w przedbiegach z dwóch powodów: po pierwsze Felek nie lubi być długo noszony na rękach. Po drugie – przy takich upałach ciężko mi sobie wyobrazić dodatkowe grzanie dziecka swoim ciałem 😉 Ale kto, co lubi – ważne, żeby wybrać wariant najlepszy dla danej osoby. Jednak przy alternatywach dla wózka, pamiętajcie koniecznie o parasolkach przeciwsłonecznych i nakryciach głowy (oczywiście oprócz kremu z filtrem 50+). Co ciekawe i ważne – na teren toru nie można wnosić dużych parasoli przeciwsłonecznych – przekonaliśmy się o tym na własnej skórze.

Tipy

Zamów bilety wcześniej – zwykle są promocje, które pozwalają zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt euro rezerwuj nocleg z wyprzedzeniem – pamiętaj, że to „gorący” termin i może nie być atrakcyjnych ofert przed samym wyjazdem rozważ wykupienie nalepki „VIP”, która umożliwi Ci wjazd na parking blisko toru oraz specjalnie wydzieloną drogę dojazdową (mniejsze korki) jeśli masz termiczną reklamówkę i zamierzasz zabierać napoje na tor, to spakuj ją ze sobą – włożona do plecaka utrzyma w nim chłód, a Ty będziesz miał picie w przyjemnej temperaturze i za nieduże pieniądze pamiętaj o nakryciu głowy oraz kremie z wysokim filtrem – niby banał, a „raczków” na torze chodzi mnóstwo na Węgrzech najpopularniejszą walutą jest Forint (w euro można płacić w dużych sieciówkach) na tor zawsze wyjeżdżaj wcześniej – bierz poprawkę na korki wokół obiektu oraz na drogach dojazdowych, jak też tłok przy parkingach czy kolejki do kas/bramek dla dziecka zabierz tylko niezbędne rzeczy – całą resztę kupisz na miejscu jeśli masz małą spacerówkę, zabierz ją ze sobą – nawet przyzwyczajone do chusty/nosidła dziecko może przy wysokich temperaturach wybrać jazdę w wózku

Tak pokrótce wyglądają nasze wrażenia z pierwszego w życiu wspólnego wyjazdu na F1. W tym roku będziemy „ćwiczyć” podczas GP Hiszpanii i na Monzy. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych z Was wyjazd na taką imprezę z małym dzieckiem jest co najmniej kontrowersyjny. Jednak trzeba pamiętać, że każde dziecko jest inne, a my jako rodzice znamy swoje maluchy najlepiej. Myślę, że nikt z czytających ten wpis nie będzie ryzykował zdrowiem swojego dziecka, ale z drugiej strony nie można ze strachu czy nadmiernej ostrożności rezygnować ze spełniania swoich marzeń. Jeśli są tutaj osoby, które mają takie wyjazdy na swoim koncie, to proszę, żeby podzieliły się swoimi wrażeniami i wskazówkami w komentarzach. Na grupach wyjazdowych jest sporo zapytań o wyjazd na F1 z małymi dziećmi. Może w jakimś stopniu pomożemy tym kibicom w zorganizowaniu fajnego, rodzinnego wydarzenia, które będą wspominać przez wiele lat.

Aleksandra Wrońska

Podziel się wpisem:

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Najnowsze wpisy na blogu:

Archiwum

Najnowsze wpisy

Tego dnia w F1 - 18 listopada

Lewis Hamilton wygrywa GP USA, odnosząc 21. zwycięstwo w karierze. Po raz 100. w F1 jedzie Sebastian Vettel, a jego Red Bull zapewnia sobie mistrzostwo świata w klasyfikacji konstruktorów. Było to 850. GP w historii Ferrari oraz 400. GP dla Renault jako dostawcy silników.